Podobno dla większości kobiet najważniejszym kosmetykiem jest tusz do rzęs, a przynajmniej tak wskazują badania – choć korektor idzie z maskarą łeb w łeb. Gdybym miała wybrać jeden najważniejszy kosmetyk kolorowy, to miałabym problem bo wahałabym się właśnie między korektorem a różem; cóż nie da się ukryć, że jestem bardzo blada, pardon, mam „bardzo jasną karnację” i wbrew temu co można by sądzić po ilości kosmetyków jakie posiadam, nie maluję się non stop. Nie wyobrażam sobie pójść do pracy bez makijażu ale bez problemu mogę wyjść do sklepu z tzw. gołą twarzą. Niemniej jednak, lubię na tej gołej twarzy położyć odrobinę korektora pod oczy i kropelkę różu na policzki, subtelnie uróżówiona wyglądam jakoś zdrowiej. I sprawiam wrażenie mniej zmęczonej. No ale korektor to kosmetyk pierwszej potrzeby, bez dwóch zdań (bez tuszu przeżyję, choć moim rzęsom daleko do doskonałości). Moja siostra nie miałaby większych wątpliwości – prawdziwa z niej korektoroholiczka, i między innymi to właśnie dzięki niej mam ich właśnie tyle: Zuza owładnięta jest manią zdobycia korektorowego świętego Grala, poszukuje, testuje, śledzi nowinki, kupuje… po czym stwierdza, że to nie to jednak. Najczęściej siostra moja stwierdza, że korektor jest za ciemny (twierdzi, że ma jeszcze jaśniejszą karnację niż ja, i może ma rację) albo oksyduje i jak chcę, to mogę go sobie wziąć. I tak nasza wspólna kolekcja korektorów rośnie w siłę, choć mamy nieco inne preferencje w kwestii wyżej wymienionych. Lubię gęste kremowe korektory, typu Magic Concealer Heleny Rubinstein (którego nadal używam, i o którym z pewnością wkrótce napiszę) czy Effacernes Lancome – używam korektora głównie pod oczy, które są permanentnie podkrążone i potrzebuję czegoś naprawdę mocnego. Nie dla mnie delikatne rozświetlacze! Bardzo długo używałam kremowego korektora Estee Lauder Disappear, który teraz nazywa się po prostu Smoothing Creme Concealer; boleję nad faktem, iż Biotherm wycofał się z kolorówki bo miałam duży sentyment do ich kremowego korektora. Takie specyfiki na ogół bardzo dobrze kryją, przeważnie mają jakieś składniki nawilżające ale bywają mocno podstępne – są gęste i czasem trudno je równomiernie rozprowadzić, po drugie, mają tendencje do osadzania się w zmarszczkach i zagięciach skóry. Tough luck… Dużo zależy od tego, czego użyje się pod korektor (najlepsze są wstrętne silikonowe bazy, których osobiście nie znoszę).
Oprócz płynnych korektorów, zawsze muszę mieć pod ręką coś w sztyfcie na wypryski, najlepiej coś antybakteryjnego i tu ciągle szukam, bo korektory marek aptecznych właściwie zawsze są o wiele za ciemne. Najbliższe ideałowi są tu Body Shop z linii Tea Tree i właśnie Bell, o którym napiszę poniżej. Korektory Bell to moje odkrycie ostatniego roku.
Bell, Multi Mineral Cover Stick i Multi Mineral Anti-Age Concealer
Odkryte przypadkiem, przez moją siostrę zaraz gdy tylko pojawiły się na rynku. Trzeba było zamówić online bo Bell nie ma najlepszej dystrybucji, a szkoda, bo mają coraz lepsze produkty. Choć może powinnam odszczekać te słowa o dystrybucji, wszak od jakiegoś czasu kolorówkę Bell można nabyć w niektórych drogeriach Natura (szkoda, że nie wszystkich). Korektory są śmiesznie tanie, w zależności od miejsca zakupu cena waha się od 8-10 zł. Teraz są dostępne tylko dwa warianty kolorystyczne, 1 i 2 – piszę teraz, bo sztyft to taka jakby trochę ulepszona wersja dawnego bellowskiego korektora maskującego, który istniał w trzech odcieniach. Teraz oba korektory, płynny i sztyft, mają tylko dwa odcienie. Ja i Zuz używamy odcienia nr 1, który jest naprawdę jasny. Płynny, anti-age – w domyśle zapewne miał być pod oczy, ale można go spokojnie stosować na inne rejony. Znakomity, lekki, a jednak całkiem nieźle kryjący korektor. Zważywszy cenę – bezkonkurencyjny. Nie sądziłam, że tak tani korektor może być tak dobry, zwłaszcza, że wychowana zostałam w przekonaniu, że na pewnych rzeczach można przyoszczędzić – np. tusz czy błyszczyk – ale podkład, puder czy korektor pod oczy musi być z najwyższej półki. No a jednak taki śmiesznie tani Bell okazuje się być całkiem przyzwoity. Ma średnie właściwości kryjące, nie zakryje mocnych cieni ani dużych niedoskonałości, dla mnie w lecie, kiedy nie muszę wstawać rano i mogę spać do południa jest idealny (każdy, kto mnie zna, wie, że ranne wstawanie jest dla mnie największą karą!). Nie zauważyłam, żeby specjalnie nawilżał ale też i nie wysusza, co często zdarza się innym tego typu specyfikom, nie zmienia koloru z czasem. Bardzo go lubię i zużywam już drugie opakowanie. Sztyft – lubię jeszcze bardziej, a must-have! Wreszcie porządny korektor na wypryski. I tylko na wypryski, bo moim zdaniem na właściwości lekko wysuszające (jak każdy chyba sztyft…) więc pod oczy bym go nie nałożyła. Bardzo dobrze kryje – lepiej niż płynny, jest mocniej napigmentowany. Trwały, matujący, nie zauważyłam, żeby spływał. Nie zmienia koloru z upływem czasu. Jak dotąd to chyba najlepszy korektor na niedoskonałości, świetny do używania solo – stosuję w te dni, kiedy się lenię i nie chce mi się malować. Przypadł do gustu nawet mojej hiperwymagającej siostrze, która mój pierwszy egzemplarz po prostu skonfiskowała (po prawdzie, odkupiła mi go potem, kiedy zaczęłam lamentować, że to mój ulubiony).


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz